Muzyka

30.05.2017

Rozdział 13

Demon w ludzkiej skórze



Uciekał, ile sił w nogach, mimo że kończyny odmawiały mu posłuszeństwa. Pościg za nim trwał w nieskończoność i tropiciele nie zamierzali odpuścić chociażby na chwilę. Dlatego właśnie Sasuke sądził, iż dobrym pomysłem było wtargnięcie do lasu, ale jak się okazało zgubienie wyszkolonych shinobi równało się z cudem.
Gałęzie cięły jego policzki, liście uderzały z głuchym łoskotem w twarz. Można było rzec, że sam las pragnął tego wygnania i robił wszystko, aby go zatrzymać i pozwolić skazać za zdradę.
Zakrwawione ręce przypominały mu o tym, co właśnie się wydarzyło, a ociekająca osoką katana na plecach znaczyła wyraźny szlak jego wędrówki. Zapomniał jednak o tym, kompletnie zaabsorbowany wydarzeniem sprzed kilkunastu minut. Miał nieodparte wrażenie, że Kakashi wiedział o swojej śmierci i był na nią gotowy, ale nie mógł przypuszczać, w jaki sposób to jego cenne życie zostanie mu odebrane.
Wszystko było podstępem. Sprowadzając Sasuke pod przykrywką dobrych intencji, młody mężczyzna pozwolił zostawić bez opieki Osadę, która okazała się być jego drugim domem, miejscem dalekim od demonicznego ja. Odsłonił się i bez namysłu przyjął propozycję Radnego, która nawet do takiej kategorii nie należała.
Noriaki, nie chcąc brudzić swoich rąk, znalazł marionetkę, która wszystko mogła wykonać za niego pod ogromnym przymusem i siłą woli samego pana. Mimo że dał Sasuke czas na decyzję, doskonale wiedział, jak sformułować swoją propozycję tak, by była raczej groźbą, która zadziała na niego natychmiastowo. Trochę jak tykająca w plecaku bomba; wybrał ścieżkę, która miała ocalić wszystkich poza nim samym. Okazało się jednak, że ów droga nie miała na celu ratowania kogokolwiek.
Świst przecinanego powietrza zwrócił jego uwagę, ale nim się zorientował, potknął się i spadł z drzewa z hukiem wraz z bitą w kolano strzałą. Nerwowo szarpnął nią, wyrywając z nogi wraz z kawałkami mięsa i rzucił połamaną strzałę gdzieś na bok. Rana krwawiła i sprawiała ból, ale nie to było teraz jego największym zmartwieniem.
Piątka shinobi zablokowała mu drogę ucieczki, pochylając się nad nim. Każdy miał na twarzy zupełnie inną białą, zwierzęcą maskę. I każda z tych masek miała wymalowany głupkowaty uśmiech, który Sasuke zamierzał czym prędzej usunąć.
— Popełniacie olbrzymi błąd — ostrzegł ich chłodno, powoli podnosząc się z mokrej gleby. Kolano rwało niemiłosiernie, a lewa ręka ponownie zdrętwiała.
Wszyscy zgodnie wybuchnęli śmiechem. Ziemia zadrżała, a niebo przecięła jasna błyskawica, mimo że nie zapowiadało się na burzę. Grzmotnęło. Miny zebranych zrzedły natychmiast, gdy tuż za nimi znikąd wyrosło ogromnych rozmiarów fioletowe, humanoidalne Susanoo, którego złote ślepia wbite były w wyszkolonych wojowników.
— Jakoś tak nie mam zamiaru brudzić sobie już dzisiaj rąk — mruknął niby od niechcenia, posyłając mężczyznom perfidny uśmieszek.
Susanoo pochyliło się, a gdy wykonało jeden krok ziemia zadrżała. Trójka zajęła się ucieczką przed potężnymi rękami bestii, a Sasuke musiał zmierzyć się z pozostałą dwójką, która właśnie wyjęła katany. Nim zdołał sięgnąć po swoją, jeden powalił go na plecy kopnięciem.
— Słyszałem, że ostatnio potężny Uchiha osłabł i coś złego dzieje się ze zdrowiem — rzucił opryskliwie ten z maską małpy na twarzy. — Już nie robisz takiego wrażenia.
Na wydźwięk tych słów, Susanoo właśnie rozerwało na pół jednego z mężczyzn, odrzucając tułów w stronę nazbyt pewnego wojownika. Uderzenie wyrzuciło go na metr, uszkadzając żebra.
Sasuke wstał i w ostatniej chwili wyjmując katanę, zetknął się z ostrzem tego drugiego. Dwóch pozostałych uciekało, ale Susanoo zdążyło już rozdeptać jednego na miazgę.
— Morderca! — wrzasnął ten, który właśnie odpierał atak Uchihy. — Nawet teraz zabijasz bez przeszkód!
— Po prostu ratuję własne życie.
— Marne to twoje życie — parsknął.
Sasuke zamachnął się mieczem, ale przeciwnik zrobił sprawny unik, przeturlawszy się na inne miejsce, podcinając mu nieco nogę, której kolano ociekało krwią. Uchiha poczuł zimne ostrze tuż przy karku, gdy klęcząc na jedno kolano, to chore, próbował złapać oddech. Chakra wypełniła jego ciało i znikąd w dłoni zamajaczyły iskry, skrząc i swym piskiem doprowadzając do szału.
Odwrócił się i szybko uderzył przeciwnika swym potężnym chidori, które przebiło się przez brzuch członka ANBU, wypluwając na zewnątrz wnętrzności. Flaki wypadały z charakterystycznym dźwiękiem, a osoka skapywała na wciąż spragnioną wody glebę. Z twarzy mężczyzny spadła maska, ukazując młodą twarz naznaczoną licznymi szramami. Otwarte szeroko oczy zdradzały zdziwienie i nie było to coś, czego Sasuke nie widział. Ludzie zwykle po prostu byli zaskoczeni, jakby śmierć od zawsze potrafiła jedynie zadziwiać.
Susanoo uspokoiło się, gdy dopadło gdzieś w głębi lasu ostatniego wojownika. Zachlapane krwią posłusznie wróciło do Sasuke i ślepiami przestudiowało pole bitwy z dudniącym śmiechem.
— Dobra robota — burknął Uchiha, zaciskając mocno usta w wąską kreskę. Ból kolana i zdrętwiała ręka znowu dały o sobie znać. Jednakże mroczki przed oczami nie zwiastowały niczego dobrego. — Ruszamy… dalej…
Zrobił dwa kroki i nagle świat spowiła ciemność.



Naruto kręcił się w łóżku, długo walcząc z nienadchodzącym Morfeuszem. Gdy w końcu zasnął, śniła mu się tylko śmierć Kakashiego, odtwarzana przez mózg kilkukrotnie i ciągle, non stop, jakby ktoś wciąż przewijał taśmę i puszczał ją od nowa. Wybudził się zatem spocony i przerażony, co zauważyła siedząca w oknie Hinata, która dzisiaj nie miała zamiaru pójść spać. Łzy znaczyły szlaki na jej policzkach, a smutny wyraz twarzy sprawił, że Uzumaki natychmiast zapomniał o swoich koszmarach.
— Spróbuj zasnąć — poprosił cicho, ale kobieta pokręciła energicznie głową. — Proszę, chociaż na chwilę. Jesteś zmęczona.
— Koniecznie musisz skontaktować się z Sasuke — rzuciła, wbijając w niego puste spojrzenie. — Musi wiedzieć. Kakashi nas uprzedził, dokładnie zapoznał ze wszystkim. Naruto, on musi wiedzieć. Nie możesz go zostawić z myślą, że uważasz, iż to on zabił, skoro wiesz, jak było naprawdę.
Westchnął, opadając znowu na poduszkę. Nie zamierzał wstawać i schować w ramionach Hinatę, która po wszystkich tych przejściach lepiej radziła sobie w samotności. Miał jednak nieodpartą ochotę wtulić swoją twarz w jej puszyste włosy i ponownie poprosił, by chociaż położyła się obok niego i pozwoliła mu zasnąć.
— Powiesz mu? — spytała, leżąc już przy nim na wznak.
— Skontaktuję się z nim jutro rano, ale boję się, że ktoś przechwyci wiadomość, na przykład jeden ze sługusów Noriakiego — mruknął w jej włosy, które przyjemnie łaskotały jego skórę. — Muszę być ostrożny, Kakashi prosił o dyskrecję.
— Ale?
Naruto przymknął powieki, znużony i bliski zaśnięciu.
— Ale nie mogę pozwolić, by Sasuke znowu kroczył ścieżką zła.



Leżał na zielonej trawie i oglądał nieboskłon. Puszyste cumulusy płynęły z wolna. Rześki wiatr przynosił zapachy z miasta i do jego nozdrzy dotarł zapach ramen z miso. Zerwał się natychmiast na równe nogi i pognał ścieżką, pustą i dziwnie mroczną. Wtem na niebie pojawił się księżyc, zrobiło się ciemno i nastała noc.
Wmurowany, przystanął natychmiast i rozejrzał się po okolicy.
— Naruto.
Odwrócił się za siebie i otworzył w zdziwieniu buzię tak mocno, że wyglądał teraz na jeszcze większego głupka. Sasuke prychnął z pogardą, ale nim zdążył się odezwać, Uzumaki już stał z nim twarzą w twarz, trzymając na jego ramieniu swoją dłoń.
— Wiedziałem, że przyjdziesz — powiedział. Lazurowe tęczówki błyszczały ze szczęścia. — Kakashi powiedział mi, że potrafisz wpływać na sny, pojawiać się w nich i rozmawiać. Wiedział, że to jedyna droga, by wyjaśnić ci, co tak naprawdę się stało.
— A więc wiesz, że to nie ja zabiłem Kakashiego.
Naruto pokiwał głową. Nagły smutek wymalował jego twarz. Powiedział, że Hatake doskonale wiedział, że umrze i że zginie z rąk Noriakiego, nie był tylko pewny, jakiego podstępu użyje, by to zrobić. Dopiero później zrozumiał.
— Co Kakashi chciał osiągnąć? Zacznij od początku, ale streszczaj się. Jestem na wygnaniu, gdzieś w jaskini próbuję dojść do siebie i złapać Eizo. Muszę mu uświadomić, że jest tylko marionetką w rękach tego starca.
— Dobrze — westchnął.
I opowiadał.
Początek był prosty. Radny Noriaki był Radnym Hokage Wioski Liścia. Przedstawiał godziwe oferty dla Konohy, przynosił papiery, dokumenty, które Kakashi musiał podpisywać. Zawalał Hatake robotą, aż pewnego dnia zażądał, by podpisał niesamowicie ważny dokument dotyczący pokoju między wioskami. Nie pozwolił nawet przeczytać papieru, tylko nakazał podpisać. Tłumaczył się tym, że czas nie grał na ich korzyść. Kakashi podpisał, sądząc, iż Radny mówił prawdę. Dopiero w dniu, w którym razem z oddziałem ANBU ruszyli na dom Sasuke, zrozumiał, do czego doprowadził. Podpisał na niego wyrok, Noriaki podszedł go jak dziecko.
Kakashi jednak miał plan. Ze swoich tajnych źródeł dowiedział się o jego przeszłości o tym, jak jeden raz przymierzył się do spalenia Osady, ale młody mężczyzna urządził rzeź i z jego najemników nie pozostało nic. Wściekły poprzysiągł zemstę. Pozbywając się więc Sasuke i wpychając Hokage w tarapaty, był bliższy objęcia władzy nad Konohą. Jednakże Kakashi miał dowody na zdradę i niecne plany Radnego. Nie podzielił się jednak tajemnicą pochowanych dowodów z Naruto i Hinatą, pewien, że to jeszcze nie ten czas.
Alternatywnym wyjściem była śmierć obecnego Hokage. Kakashi chciał, by Noriaki objął wreszcie władzę i napawał się nią przez jakiś czas. Domyślał się też, że Radny spróbuje sprowadzić Sasuke z powrotem do wioski, a więc i w głowie kłębiło się już jakieś przypuszczenie na temat jego własnej śmierci. Nie bez powodu więc polecił młodemu Uchiha ucieczkę. Noriaki miał szczerze wierzyć, że wygrał.
— Bez sensu — podsumował po wszystkim Sasuke, siedząc z Naruto na wyimaginowanej ławce w środku pustego, ciemnego parku. — Ukryte dowody są nieznane, bo wszelkie wyjaśnienia zabrał ze sobą Kakashi. Noriaki za kilka dni zostanie powołany na pełnienie zastępczo funkcji Hokage, a ja pozostanę już na zawsze zdrajcą i mordercą własnego nauczyciela.
— I tutaj ujawnia się dalsza część planu. — Uzumaki posłał Sasuke słaby uśmiech. — Noriaki musi wierzyć, że spalił Osadę, a ty jesteś martwy. Tylko wtedy będziemy mieli przewagę, by uderzyć.
Uchiha spojrzał na niego, marszcząc mocno brwi.
— Mam upozorować własną śmierć, a także pozwolić na spalenie Osady?
— Masz użyć iluzji, tak samo jak Noriaki użył jej na tobie.
Dopiero wtedy na twarzy Sasuke zagościł chytry uśmieszek.



Obudził się w tym samym miejscu, w którym upadł, wśród trupów, które już zasiedziały czarne ptaki. Krakały żałośnie i nerwowo trzepotały skrzydłami. Delikatny ferment wkradł się w zakamarki nozdrzy Sasuke i miał on wrażenie, że przebywał w tym miejscu zdecydowanie za długo.
Powoli podniósł się z mokrej gleby. Zakołysał się jednak i szybko musiał znaleźć jakąś podporę, bo upadłby ponownie. Oparłszy się lewą, obolałą dłonią o pień olbrzymiego drzewa, zaczerpnął głęboko powietrza. I wtedy w głowie ponownie zawirowało, a przed oczami zamajaczyły ciemne plamki.
— Cholera — syknął i odruchowo sięgnął palcami pod nos, z którego ściekała właśnie ciemna jucha. Spojrzał na ubrudzony krwią palec środkowy i wskazujący. Na moment stracił dech. — Cholera — powtórzył ostrzej i głośniej, ścierając napływającą falę krwi, która już umoczyła jego usta. Metaliczny posmak podrażnił zmysły. — Weź się w garść — powiedział głucho i potrząsnął głową. Ból mijał, osoka przestała wreszcie kapać z nosa jak z kranu. Ręka odzyskiwała swoją sprawność.
Odepchnął się sprawnie od drzewa i pędem pognał w dalszą podróż.
Kilka godzin. Aż tyle dzieliło go od dogonienia oddziału ANBU z Eizo na czele. Bezsilność wprawiała go w furię, a ta furia zaś przyprawiała o mętlik w głowie i rodzącą się agresję. Mimo że wreszcie odkrył zamierzenia Hokage i potrafił zrozumieć to, że postanowił się poświęcić, nie rozumiał, dlaczego chciał tak bardzo igrać z czasem. Noriaki miał myśleć, że wygrał i ta pycha, ta duma miała sprawić, by opuścił gardę. Według Kakashiego miało to potrwać do kilku miesięcy, dopiero wtedy uznał, że można było uderzyć.
Sasuke jednak musiał powstrzymać Eizo, potrzebował kogoś, kto mógłby sprzeciwić się Radnemu i jako szpieg w szeregach, pomóc zwyciężyć.
Teleportuj się — rzuciło rychło alter ego.
Nie mogę, nie mam siły.
Inaczej może być już za późno.
Uderzył pięścią w drzewo.
Musiał użyć swojej zdolności, inaczej nigdy nie dostałby się do Eizo. A celem Sasuke, póki co, było ocalenie Osady i przekabacenie sługusa Noriakiego na swoją stronę. Choćby własną krwią, musiał to zrobić.
— Niech to szlag! — warknął.
Skupiwszy całą swoją energię, przejął kontrolę nad świadomością pobliskiego ptaka, który zakrakał żałośnie, gdy wreszcie uzyskał połączenie. Sterując małym ciałkiem, wzbił się wysoko w powietrze i podążał za chakrą, która wreszcie zaczynała się ujawniać. Eizo był daleko, niemalże na granicy. Wystarczyło kilka godzin, by znalazł się w Osadzie i spalił ją wedle życzenia Radnego.
Kruk znalazł oddział. Zatoczył koło nad obozowiskiem, by po chwili wylądować na ziemi. Teleportacja miała zakończyć się sukcesem dopiero wtedy, gdy to Eizo zwróci uwagę na ptaka. Niestety nic się nie wydarzyło, więc kruk w podskokach dotarł do wojownika i zatrzepotał skrzydłami, strasząc tym samym mężczyznę.
Wtem kruk wybuchnął, by na jego miejsce w szary dym pojawił się nie kto inny jak Sasuke, którego oczy wypuściły na wolność krwawe łzy. Spojrzeniem obrzucił zebranych, gotowych do walki, jakiegokolwiek ataku, ale Eizo, uśmiechnąwszy się perfidnie na sam jego widok, uniósł dłoń, uspokajając tym samym oddział.
— Zostawcie to mnie — polecił kompanom. — To moja walka.
Sasuke na wydźwięk tych słów, sprawnie sięgnął po katanę, dokładnie w tym samym momencie, co Eizo. Oboje wymierzyli w siebie ostrza i w ciszy obserwowali nawzajem. Mężczyźni z oddziału postanowili się wycofać, zabierając swoje rzeczy i ruszając w dalszą podróż.
— Przybyłem w pokojowych zamiarach — uprzedził Sasuke, ale tylko rozbawił tym stwierdzeniem mężczyznę. — Nie widzisz, że Noriaki tobą manipuluje?
Mięśnie twarzy Eizo napięły się, zdradzając zdenerwowanie. Uchiha wiedział już, że mężczyzna wcale nie był taki głupi i zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo starzec go wykorzystywał.
— Nie zabiłby mojej żony i dziecka — skonstatował szybko. — Nie posunąłby się do czegoś takiego.
— Naprawdę? A rozkaz spalenia Osady? Nie uważasz, że to, co chce zrobić, to zwykłe morderstwo? — Eizo spuścił wzrok, dając tym samym do zrozumienia, że zaczynał wątpić. A to zwątpienie było na korzyść Sasuke.  — Uwierz mi, to on ją zabił. Ja nie miałem ku temu powodów, twój brat… napadliście mnie w moim domu, miałem prawo się bronić.
Śmiech. Gardłowy śmiech, który po sekundzie przepadł, bo na twarzy Eizo malowała się złość. Tym jednym spojrzeniem mógłby zabić i Sasuke na moment opuścił gardę.
— Mimo wszystko, to ty ich zabiłeś.
Uchiha chciał coś powiedzieć, ale tylko prychnął.
— Zamknij się! — Eizo splunął mu prosto w twarz, by zaraz go uderzyć, chociaż Sasuke wcale niczego nie powiedział i nie miał takowego zamiaru. Pozwolił jednak, by mężczyzna całą swoją furię przelał na niego. Miał nadzieję, że to chociaż na chwilę ocuci jego umysł.  
Eizo zaś chciał go jedynie upokorzyć, zniszczyć, znieważyć. Chciał go zabić. I żaden argument nie przemawiał mu do rozsądku.



Walka nie miała końca. Techniki przeplatały się wraz z przecinającym powietrze ostrzem, koniec końców las wyglądał tak samo źle jak oni — zmęczeni, zakrwawieni i w ranach, w podartych częściach garderoby.
— Dosyć! — warknął ostro Sasuke, dysząc ciężko i ledwo trzymając się na nogach. — Dosyć, kurwa! Przecież to do niczego nie prowadzi!
Patrzyli na siebie hardo, ściągnąwszy przy tym mocno brwi. Oddychali szybko, kurczowo trzymając w rękach swoje katany. Sasuke, choć wciąż o wiele silniejszy od Eizo, był w obecnym stanie słabszy i ich szanse zrównały się dość drastycznie. Wystarczył tylko jeden skurcz palców, by przegrał.
— To nie ma żadnego sensu — wysapał Eizo, jakby przyznając Sasuke rację. — W ten sposób i tak nie przywrócę życia moim cudownym skarbom…
— Noriaki cię oszukał — sapnął Sasuke. — Ten stary skurwiel zabił ją i podpalił! Tylko po to, byś nie wycofał się z misji i za sprawą zemsty ruszył, gotów zabić każdą przeszkodę na twojej drodze.
Eizo zaśmiał się w głos, ukazując garnitur białych zębów. Potrząsnął głową i wbił w Uchihę nienawistne spojrzenie.
— A ty nadal swoje — żachnął się i oparł ręce o kolana, spluwając flegmę. — Już ci mówiłem, nie wierzę w to, co mówisz. W ani jedno twoje słowo. Nie ufam zabójcom Hokage.
Sasuke wyprostował się i ciężko westchnął.
— Doskonale wiesz, że to nie ja zabiłem Kakashiego.
Eizo ponownie nieco się spiął i przestał się uśmiechać.
— Noriaki zdradził ci swój plan i wiesz, że to jedynie jego sprawka. Dlaczego zatem nie potrafisz uwierzyć w to, że zabił twoją rodzinę?
Mężczyzna odnajdywał sens w słowach Sasuke, ale nie mógł tego przyjąć do świadomości. Przed oczami wciąż miał obraz Uchihy wyłaniającego się z ich domu, niosący na rękach spalone truchło jego żony. W najśmielszych nawet snach nie mógłby oskarżyć o tak bestialską zbrodnię kogoś takiego jak sam Radny. Tylko dlaczego, skoro zlecił samosąd na Osadę, która nie była niczemu winna?
Potrząsnął mocno głową, jakoby chcąc odgonić od siebie wszystkie złe myśli, każdą ponurą marę.
— Zobaczysz, co to znaczy stracić kobietę — rzucił w jego stronę, a oczy wyrażały coś, co zaniepokoiło Sasuke po stokroć i zmroziło w jego żyłach krew.
— Nie ośmielisz się…
Nie zdążył nawet dokończyć myśli, bo Eizo już zniknął w kłębie dymu i przepadł jak kamień rzucony w wodę. Jedyne, co zdążył zobaczyć, to chytry uśmiech, skryty gdzieś głęboko pod maską manipulacji Radnego.
Chce dorwać Sakurę! — wrzasnęło wściekłe alter ego.
Sakura, pomyślał ogarnięty dziwną nostalgią.
Sukinsyn chce ją zabić!
Teraz liczyła się tylko ona.


Szaleństwo szepcze wróżby złowrogie.
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie,
Że Śmierć na skraju uśmiecha się,
Niech pamięta słowa te:
Jeden szept, jeden szept,
Do szaleństwa doprowadzić chce.



Płonęło. Wszystko stało w ogniu. Zapach palącego się drewna i ludzkich ciał unosił się razem z kłębem czarnego dymu. Spłoszone i przerażone zwierzęta uciekały, konie staranowały ludzi. Jeden czarny arab szarżował właśnie w stronę Sasuke i gdyby nie jego refleks, zwierzę zderzyłoby się z nim i mogłoby zabić. W ułamku sekundy pociągnął konia za piękną, długą grzywę i szarpnięciem zmusił, by się zatrzymało, dając się na chwilę chociaż oswoić.
Arab był koniem Yuto i Sasuke nie mógł pozwolić, by przerażone zwierzę uciekło.
Delikatnie pogładził pysk, koń parsknął głośno, ale w końcu dał się odprowadzić za wędzidło, które Uchiha już trzymał w dłoni. Powoli schodził po wydeptanej ścieżce w dół doliny i dopiero przy pobliskim drzewie zatrzymał się i przywiązał araba, prosząc, by nigdzie nie uciekał. Koń, patrząc na niego swoim ciemnym jak noc ślepiem, wydawał się zrozumieć, znowu parsknął i spokojnie przystanął, odprowadzając mężczyznę wzrokiem.
Bał się. Sasuke Uchiha bał się poraz pierwszy lub drugi w swoim życiu. Bał się, że znowu stracił kogoś, kto próbował mu pomóc, chronił i ufał. Bał się postąpić jeszcze kilka kroków dalej, ale nie miał większego wyboru.
— Zabieramy dzieci, ewentualnie matki. Reszta niech płonie.
Rozkazy wydawał nie kto inny jak Eizo, który wciąż zaślepiony żądzą zemsty, usłużnie wykonywał polecenia Noriakiego. Rozpaczliwe krzyki przebijały się przez ściany, tonące w płomieniach próchno puszczało syczące iskry. W powietrzu latały niezidentyfikowane spalone elementy, wciąż jarząc się już nieco słabym płomieniem. Osada przypominała ognisko, ale nikt nie śpiewał biesiad i z podziwem nie przyglądał się liżącym powietrze płomieniom.
Schował się za całą ścianą Kościoła i wyjrzał ostrożnie. Oddział ANBU właśnie podzielił się na grupy. Jeden z mężczyzn, używając techniki ognia, podpalał domek z mieszkańcami, a drugi targał za sobą dzieci i odtrącał krzyczące matki, które jednak postanowiły walczyć. Wybuchł chaos, a więc Eizo ulotnił się, w poszukiwaniu swojego celu. Sasuke aż zawrzał w środku. Celem był nie kto inny jak Sakura. Pragnął ją skrzywdzić tak samo jak w jego mniemaniu zrobił to Uchiha, mordując jego ciężarną ukochaną, podczas gdy ten pragnął ją jedynie uratować.
— Po moim trupie — mruknął pod nosem, skupiwszy całą swoją energię na odnalezieniu w tym chaosie chakry Eizo.


Melodia szaleńców rozbrzmiewa wokół,
Gdy śladami krwi podążają pod topór.
Stado owieczek, baranków i głupców.
Szepczą szaleństwa, budzą demony,
A demony ciemności rodzą się i niszczą.
I już zawsze będą
Zabijać.



— Było trzeba uciekać! — zawył Yuto, trzymając w rękach widły. Stał tuż obok Sakury, która właśnie leczyła rany okolicznego księdza.
— Ucieczka niczego by nie zmieniła.
Yuto nie wątpił w siłę Haruno. Doskonale wiedział, z czego słynie i że niejeden powinien się bać starcia z nią w walce. Jednakowoż czuł się winny, bowiem nie wypełnił prośby Sasuke. Miał o nią dbać i nie pozwolić, by cokolwiek złego jej się przytrafiło, a teraz niczym mała dziewczyna stał za jej plecami i oglądał z przerażeniem, a zarazem podziwem, jak barczyści mężczyźni latali nad ich głowami, gdy nimi rzucała lub okładała sprawnymi ciosami.
Wstała z kucek i spojrzała na Yuto, który nagle zamilkł.
— Rany opatrzone, wyjdzie z tego — podsumowała swoją pracę, posyłając rannemu delikatny uśmiech. Gospodarz jednak nie zareagował. — Wszystko w porządku?
— Najlepszy medyk na świecie, a marnuje się u boku kogoś takiego jak Sasuke Uchiha.
Odwróciła się powoli, nieco zmieszana i zdenerwowana. Rozpoznała mężczyznę dopiero po uśmiechu, który jej posłał. Bała się, bo Sasuke ją przed nim ostrzegał. Nie miała pojęcia, za co Eizo obwiniał bruneta, ale za to mogła przypuszczać, jak bardzo nienawidził go za śmierć brata i omal jego własną.
— Czego chcesz? — warknęła niczym wściekły pies.
— Mhm, ostra — skwitował, gwiżdżąc pod nosem. Brązowe spodnie podkreślały jej zgrabne kształty, a w długich, ciepłych, czarnych kozakach wyglądała intrygująco. Włosy sięgające za ramiona były rozmierzwione, w nieładzie przez wiatr i stoczoną walkę. Pot spływał po czole, a ciepła kurtka opinała się na ciele, uwydatniając średniej wielkości biust. Eizo był w stanie posunąć się do wszystkiego, byleby osiągnąć cel i pokazać Sasuke, co to znaczy prawdziwy ból. — Zobaczmy, na co się stać!



Pomógł małemu chłopcu wydostać się z płonącego domu i odstawił go w bezpieczne miejsce, wraz z garstką innych mieszkańców. Niezauważenie zmierzał w stronę Eizo, który już był na miejscu.
Łączy was więź — mruknęło alter ego.
Poczuł mocne kłucie w prawym boku. Zaraz potem zabolała go lewa ręka, by po chwili stracić w niej czucie. Przeklął siarczyście pod nosem. W głowie pojawił się obraz Sakury powalonej na ziemię przez Eizo. Myśl ta wywołała w nim wiele sprzecznych emocji. Najsilniejsze jednak przejęły kontrolę.
Z nosa ponownie pociekła krew jak przy niewidzialnym uderzeniu.
Łączy was więź.



Dzielnie walczyła, nie dawała napastnikowi pola do popisu, aż w pewnym momencie po prostu straciła rezon, gdy jeden z wojowników zaczął szarpać się z Yuto, a drugi uderzył go w potylicę czymś twardym i mężczyzna padł jak długi na ziemię, brocząc biały śnieg ciemną osoką. To był ten moment, kiedy przewaga zmalała i w oczach napastnika stała się ofiarą, zwykłą kobietą.
Kopniak w biodro. Prawy sierpowy w twarz. Uderzenie pod żebrem, kopnięcie w brzuch. Upadek. Ponowne kopnięcie. Gdy ofiara już leżała na ziemi, kuląc się z narastającego bólu, usiadł na niej okrakiem i okładał pięściami. W głowie kołatała mu myśl, że przecież nigdy w życiu jeszcze nie uderzył kobiety, a tutaj z wielką pasją okładał ją pięściami.
Krew ściekała z nosa, z dolnej wargi. Na twarzy pojawiała się opuchlizna. Kobieta wyglądała żałośnie, okropnie, ubrudzona, mokra, oblepiona juchą.
Zawahał się przed zadaniem kolejnego ciosu. Wtedy wrzasnęła, łapiąc go za nadgarstek i przerzuciła mężczyznę nad swoją głową. Sama zaś przeturlała się na brzuch i zaczęła czołgać. Śnieg topił się pod ciepłem jej ciała. Z trudem i bólem, czołgała się w stronę nieprzytomnego Yuto, którego pozostawiono na śniegu, by się wykrwawił.
Szarpnięcie za nogę wprawiło ją w oszołomienie. Uderzyła mocno w glebę, akurat w miejsce odsłonięte przez śnieg. Gdzieś tam leżał mały kamyk, który przeciął skórę na czole. Mały strumyk krwi wypłynął z rany i zatrzymał się na brwi, osadzając we włoskach i wsiąkając w nie z prędkością światła.
— Nie ma mowy, nie tak szybko.
Mimo wszystko Sakura uderzyła go pięścią w twarz, pięścią, w której kumulowała się cała jej chakra. Mężczyzna upadł i teraz to ona przejęła inicjatywę. Szarpnęła go za nogawkę od spodni i przyciągnęła do siebie. Z całej siły uderzyła go w piszczel, by po chwili wbić pięść wprost w ziemię, która zadrżała. Spod śniegu wyleciały kamienie. Jeden, większy, złapała w rękę i zamachnęła się, uderzając mężczyznę z impetem w prawą dłoń, przebijając skórę i łamiąc kości. Krzyk rozniósł się po Osadzie.
Dyszała, z trudem stanęła na nogi i zachwiała się raz jeszcze. W głowie jej się kręciło, dopadły ją mdłości. Nim doszła do siebie, upadła z hukiem na plecy, a wraz z nią Eizo, który rzucił się na nią z triumfującym krzykiem.
Sakura leżała na wznak, ale przekręciła głowę, bezsilnie wpatrując się w płonące oblicze Osady. Patrzyła na świat tylko lewym okiem. Prawe było tak bardzo opuchnięte i sine, że nie była w stanie go nawet otworzyć. Wyczerpana leżała w śniegu, okaleczona i poniżona, gdy nad nią zawisł mężczyzna, próbując dobrać się do niej, by móc ją skrzywdzić, tym samym mszcząc się za śmierć swojej żony.
I wtedy cały ten koszmar się skończył, urwany za jednym pociągnięciem taśmy. Widziała zbliżającą się nadzieję, widziała zarys ciemnej sylwetki nieopodal i nie mogła przestać się uśmiechać.
— Sasuke — wycharczała, nie spuszczając z oczu zbliżającego się mężczyzny.
Eizo jak poparzony zerwał się na równe nogi i powoli zaczął się cofać, gotów do ucieczki. Usta Uchihy układały się w złowrogie słowa, które wprawiły mężczyznę w osłupienie. A gdy tuż za nim kroczyło potężne Susanoo, zrozumiał, w jakie piekło wpędził tego młodego mściciela.
— Zabiję cię.
Nie była to ani groźba, ani ostrzeżenie. W oczach Sasuke krył się demon, który patrzył na wszystko i rósł w siłę, napawając się sukcesem. Rzeź dopiero znaczyła swój początek. To była deklaracja przyszłości.
— Zabiję cię — powtórzył pusto, ponurym barytonem niszcząc ostatki odwagi, jakie pozostały w przerażonym Eizo, który struchlał, zmalał i już nie zamierzał więcej się przeciwstawiać.
Bowiem nigdy nie widział demona w czystej postaci, a teraz ów upiór stał przed nim, by móc odebrać mu życie za krzywdę, jaką wyrządził kobiecie, którą… kochał?



Nobie says: Rzecz jasna boję się jak cholera, co powiecie. Szept się kończy. Powoli. Jeszcze z kilka rozdziałów. Niekoniecznie jestem zadowolona z trzynastki, ale tego typu rozdział musiał w końcu się pojawić. Nie jest jakoś super, ale zawarłam to, co miałam zawrzeć. Pokusiłam się również o jakąś marną poezję, ale w sumie to wina Sapkowskiego, bo jak czytam Wieśka, to Jaskier i jego twórczość… sami rozumiecie xD Ok, co powiecie, zatem? <3 Och, i dziękuję bardzo mocno za komentarze pod ostatnim postem. Budujecie mnie, ale też dzięki Wam Szept nadal trwa. Z całego serduszka dziękuję <3 !
09.07.2017
Rozdział 14
50%

Szept szaleństwa to opowiadanie SasuSaku osadzone w świecie ninja, jednakże nie trzymam się kanonu, świat shinobi jest u mnie nieco inny, często igram z czasem, nie wyjaśniam wszystkiego. Radny zaś jest postacią wymyśloną wyłącznie przeze mnie, a jego tajna technika nie ma żadnej nazwy. Sasuke walczy z własnymi słabościami, to tylko człowiek zagubiony w odmętach ciemności, stawiający czoło dawnemu "ja" i podłemu alter ego. Pomimo utraty pamięci, układanka przeszłości powoli wskakuje na miejsce, nie wyjaśniam jednak tego tak szeroko, bo zależy mi na czytaniu między wierszami. Najważniejszym motywem w opowiadaniu jest dziwna, acz silna więź, która łączy Sasuke z Sakurą — nikt jednak nie powiedział, czy to miłość.


Art: DYMx